Julie & Julia

Standardowy

Film ten niewątpliwie jest tematem miesiąca dla wszystkich miłośników kuchni. Można o nim przeczytać na blogach kulinarnych i w październikowym numerze magazynu Kuchnia, choć przecież nikt szczególnie na ten film nie czekał. Julia Child, jedna z bohaterek filmu, jest tak naprawdę słabo u nas znana. Jej sławna książka nigdy nie była wydana w naszym kraju (pewnie po filmie się to zmieni, wydawcy zapragną, aby i na nich spłynęła odrobina z medialnego szumu wokół filmu). Niemniej prawdopodobnie wszyscy smakosze i fani gotowania byli lub będą na tym filmie.

Początkowo miałem zamiar napisać o tym, że recenzje są zróżnicowane i niektórym film (lub np. sposób ukazania Julii Child) się nie podobał. Zrezygnowałem jednak z tego, bo ostatnio staram się nie oburzać za bardzo. Tak więc podzielę się po prostu z wami moimi wrażeniami.

Film odkrył przede mną zupełnie nowy świat. Szczerze!! Pierwszą myślą, jaką miałem po wyjściu z kina, było, że muszę więcej gotować. A Ci co mnie znają wiele mogą o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że mało gotuję!

Oto lista rzeczy, które odkryłem dzięki filmowi (a które mogą wydawać się oczywiste):

  1. Nigdy nie należy się obawiać gotowania.
  2. Jeżeli coś, co ugotowaliśmy, nie wyszło jak trzeba, należy zjeść to ze smakiem i nie marudzić.
  3. Jeżeli coś, co ugotowaliśmy, nie wyszło wcale, należy to wywalić i również nie marudzić.
  4. Zawsze należy przedkładać smak nad dietę!
  5. W kuchni należy stawiać sobie wyzwania i nigdy się nie poddawać.
  6. Zawsze można nauczyć się gotować i zawsze można nauczyć się, jak robić to jeszcze lepiej.

Ponadto stwierdziłem, że koniecznie muszę nabyć książkę Julii Child, bo nie wiem, czy w Polsce kiedykolwiek została wydana tak przydatna w nauce gotowania pozycja.

Odkryłem również stary blog Julie Powell – ten sam, od którego zaczyna się opowiedziana w filmie (i w książce o tym samym tytule, na podstawie której film powstał) historia. Blog, choć już niefunkcjonujący, warty odwiedzenie. Już z drugiego wpisu dowiadujemy się m.in., że potrawy nazwane po francusku od razu wydają się bardziej wykwintne. Przeczytałem tam też piękną myśl, godną rozpropagowania (może kiedyś ktoś wyda zbiór aforyzmów Julie Powell):

Artichokes – the lobsters of the vegetable kingdom.

Co w wolnym, acz dokładnym tłumaczeniu oznacza: Karczochy – homary królestwa warzyw.

Wracając jednak do filmu. Obydwie opowiedziane w filmie historie (Julii Child i Julie Powell) są pełne ciepła (choć każda w inny sposób, bo Julie Powell ma charakterek i, zupełnie zresztą jak ja, często popada w desperację). Inspirujące jest także to, jak rodziny, przyjaciele i znajomi gromadzą się przy wspólnych stołach, przy własnoręcznie przygotowanych posiłkach. To coś, co wydaje się oczywiste – wspólne spożywanie posiłku łączy ludzi. A jednak często o tym zapominamy. Film Julie & Julia nam przypomni.

Nie mogę się doczekać, kiedy zostanie wydany na DVD. Na pewno nabędę. Jest to film lekki i przyjemny. Przenoszący do trochę innego świata. Lubię takie filmy, poprawiają mi humor. Do tej pory namiętnie oglądałem Diabeł ubiera się u Prady. Teraz przerzucę się na Julie & Julia. Też z Meryl Streep. I też w tym filmie jest genialna (zresztą jej zdolności aktorskie są niepodważalne: od Ze śmiercią jej do twarzy do Wyboru Zofii).

Po wyjściu z kina stwierdziłem, że weekend upłynie pod znakiem tortu Sachera. Początkowo wahałem się, czy go upiec, ale po filmie byłem już pewien, że muszę. To jednak już zupełnie inna historia…

PS. Wyście na film Julie & Julia było w gruncie rzeczy częścią jednego z prezentów urodzinowych. I, muszę przyznać, że choć najmniejszą, była to część najlepsza i niezapomniana. O pozostałych tegorocznych prezentach też napiszę niebawem, bo wszystkie były świetne.

Przydasie:

7 responses »

  1. Doprawdy, twoja recenzja zachęciła mnie do obejrzenia tego filmu. Podoba mi się zwłaszcza jego szlachetne przesłanie zawarte w punkcie 4: Zawsze należy przedkładać smak nad dietę!
    Dietetyczni barbarzyńcy widzieliby najchętniej musakę bez beszamelu…

  2. Ireno, w ogóle polecam Ci programy Julii. Ja jestem zachwycony!! Ona naprawdę gotuje, a nie babrze się w jedzeniu, jak większość telewizyjnych gwiazd kuchni. Pokazuje technikę smażenia omletu (rewelacja!!), a z jej słynnych cytatów można przytoczyć: „Do puree ziemniaczanego można dodać dowolne ilości masła. Niektórzy teraz boją się masła… Wtedy niech dodadzą śmietany.” oraz „Guzik obchodzą mnie wartości odżywcze, liczy się smak!”.

    Wiem, że krótkie fragmenty są dostępne na jutubie. Ale też na kuchnia.tv leci teraz jeden z jej późnych programów (choć te z lat 70. były znacznie lepsze, jak mi się wydaje).

  3. Obejrzałam – trochę się posmuciłam, trochę pogłodziłam, trochę zachwyciłam.
    Generalnie bardzo miło spędziłam wczorajszy wieczór z Julią Child. I zamierzam nauczyć się gotować😀

  4. Dawno nie widziałam tak nudnego filmu. Trwał dwie bite godziny, a już po trzydziestu minutach niecierpliwie wyglądałam końca. Julie&Julia był jak rozgotowane pierogi leniwe polane przesłodzoną śmietaną. Czyli mogło wyjść z tego coś niezłego, ale zostało koncertowo zepsute.

    Zdarzały się lepsze kawałki, np przepyszna scena z cebulą lub same fragmenty oryginalnych programów z Julią Child, ogólny optymizm. Ale reszta! Apoteoza ochJulii, histeryczna dziamdzia i piszczący babsztyl, i dużo ckliwych porywów serca, godnych pensjonarskiego sztambucha. Przypominało mi to gorszą wersję Ani z Zielonego Wzgórza, której nie znoszę.

    Gdyby ten film trwał godzinę, dałoby się go przeżyć, ale tu przez dwie godziny na ekranie nic się nie dzieje. Aż miałam ochotę, aby którąś bohaterkę rozerwał piecyk. Najbardziej wyluzowana w tym filmie była kaczka na końcu.

    Wygląda na to, że kuchnia Julii Child jest znakomita, sądząc po fragmentach oryginalnych programów zamieszczonych w filmie i po przepisach. I tyle dobrego wynikło dla mnie z tego filmu.

    Aha, Paweł wpadł na pomysł, że Swedish Chef z Muppetów mógł być wzorowany właśnie na niej.

  5. Hymm… No cóż… Ireno, to chyba nasza pierwsza różnica zdań. Ja na szczęście Anię z Zielonego Wzgórza uwielbiam, więc i ten film mi się spodobał. A co do ckliwych porywów serca… O ile mi wiadomo, to Julia Child naprawdę miała bardzo udane małżeństwo i nieco ckliwe właśnie. Nie chcę Cię przekonywać, bo film faktycznie był ciut za długi. A co do jego optymizmu, to chyba właśnie to mi najbardziej pasowało. Jak chcę się pogrążyć w kałuży filozoficznych rozważań nad sensem istnienia i błocka życia to oglądam Greenawaya, von Triera albo jakiś niszowy filmik kinematografii europejskiej. Już dawno nie widziałem dobrego amerykańskiego filmu! Może poza Altmanem.

  6. Oj tam zaraz kałuży, oj tam zaraz filozoficznych rozważań. Brakowało mi tutaj kontrapunktu, jakiejkolwiek mocniejszej barwy. Choćby miało to być groteskowe, obrzydliwe, kiczowate, przerysowane – ale intensywniejsze, wybijające się z optymistycznego, łagodnego tła. Bo nie odmawiam temu filmowi optymizmu, ciepła i łagodności.

    Przykładem tego, co robi mdłemu filmowi dobrze, jest scena z wybuchającymi gałkami ocznymi z serialu „House”. Uwielbiam ją! Jest absurdalna, obrzydliwa i zabawna.

    Wszystko w tym filmie jest takie idealne, takie do bólu piękne. Złe karierowiczki, dobra, mądra, wrażliwa, biedna dziewczyna, kochający mężowie, zrealizowane marzenia,wszyscy się kochają, kłótnie i problemy są bolesne, ale krótkie, a potem wszyscy żyja długo i szczęśliwie. Żeby chociaż ktoś oberwał kurczakiem, podpalił przegrzany olej na patelni, żeby komuś zdechł chomik, gdyby pięknym paniom wyskoczył chociaż pryszcz na ich kształtnych nosach – a tu nic! Ok, jest okrutna scena zabijania homarów (biedne homary).

    Oczekiwałam po tym filmie dużo, bo wiele osób go chwaliło, i pewnie dlatego się rozczarowałam. Nie znałam także wcześniej Julii Child i nie potrafiłam się w czasie filmu zachwycać jej jakże wspaniałą osobą. W trakcie filmu coraz bardziej wkurzały mnie ochy młodej Julii nad postacią bogini Child. Może i jest boginią, ale nie znałam jej wcześniej i ten zachwyt był mi obcy – jakby ktoś krzyczał: och, popatrz! to Grorda Kurt, mistrzyni gsromdania!

  7. Och! Pozytywne nastawienie przed filmem amerykańskim! Duży błąd!! Ja byłem nastawiony raczej na sympatyczny film dla pensjonarek, a otrzymałem nieznacznie więcej (sympatyczny film dla mnie :P). Pierwsza zasada współczesnego kina: Zawsze idź nastawiony/a negatywnie i w złym humorze!😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s