Karaluchy pod poduchy

Standardowy

Już dawno powinienem był o tym napisać. Zamknięto Bar Studencki (potocznie zwany Karaluchem) na Krakowskim Przedmieściu. Na Nowym Świecie wykurzono kultową kawiarnię Bajka. W Alejach Jerozolimskich nie istnieje już Bar Średnicowy. Już dawno temu pożegnaliśmy się z kawiarnią Poziomka przy Miodowej, zastąpioną przez kolejny lokal Cofee Heaven – kawowego McDonalda. W tej sytuacji miejsca takie jak kawiarnia Amatorska czy bar mleczny Familijny jawią się niczym twierdze broniące ostatnich skrawków starego świata na Nowym Świecie. Kiedy i z nimi będziemy musieli się pożegnać? Kolejne lokale, może nie najlepsze, może niezbyt ekskluzywne, ale tworzące klimat miejsc, mające swoje tradycje, historie i unikalny zbiór stałych bywalców są likwidowane i zastępowane błyszczącym pseudoluksusem.

Dlaczego właściwie o tym piszę? Przeczytałem wczoraj recenzję lokalu Saint Honoré otwartego w miejscu Karalucha. Samej recenzji nie mam nic do zarzucenia. Zdenerwował mnie jednak jeden z umieszczonych pod nią komentarzy. Niejaka I.nna pisze: „Po Karaluchu taki lokal to miła odmiana i ja tam będę wracać […]”. Oczywiście natychmiast odpisałem tam, co na ten temat myślę (mój komentarz jeszcze się nie pokazał). Uważam, że tego typu podejście jest brakiem zrozumienia jedzenia i jego kultury. Niektórzy są tak spragnieni „zachodu” w naszym kraju, że są w stanie zaakceptować wszystko. Osobiście bardzo bym się cieszył z przyjemnej francuskiej piekarenki, gdyby nie fakt, że powstała na grobie takiego miejsca jak Karaluch. Bo dobre jedzenie to nie tylko ładnie udekorowana porcja podana w lokalu o przyjemnym wystroju, nawet niekoniecznie musi chodzi o niezwykle wyrafinowany smak… Często chodzi po prostu o ludzi.

Studenci

W Karaluchu jadali studenci. Oczywiście, cześć z nich wybierała lokale wyższej klasy, ale nie wszystkich było na to stać. Sam lubiłem tam chodzić, bo za 10 zł mogłem zjeść pełen obiad, a często spędzałem na UW po 12 godzin i ciepły posiłek był koniecznością.

Co teraz pozostało studentom? KFC? Kebab? Trzeba zdać sobie sprawę z jednej rzeczy. Często narzekamy na niską jakość gastronomi, na to, że młodzi ludzie pakują w siebie śmieci. Ale jaką alternatywę im dajemy? Francuskie bagietki po 10 zł? W barach mlecznych nie podawano wybitnej kuchni, ale było tam w miarę smacznie, jedzenie było zbliżone do domowego, ciepłe, sycące i znacznie zdrowsze niż którykolwiek z fast-foodów. To właśnie dzięki takiemu jedzeniu jesteśmy w stanie kształtować smaki i kulinarne zmysły przyszłych pokoleń. Proste, podstawowe dania, jakie podaje się w barach mlecznych, uczą, jak faktycznie smakuje jedzenie. Jedzenie bez zemulgowanych i zaprawionych wzmacniaczem smaku sosów, bez zbyt kwasowego ketchupu, zawierające tyle tłuszczu, ile wymaga proces jego wytworzenia, a nie tyle, ile należy dodać, aby produkcja była jak najbardziej opłacalna.

Osoby bardziej „świadome” żywności powinny zadbać o to, aby podobną świadomość rozbudzać w innych. Zastępowanie tanich i dobrych kuchni ekskluzywnymi lokalami (może nawet lepszymi, ale także zasadniczo droższymi) nie sprzyja ani trochę kształtowaniu takiej świadomości. Ludzie, których nie stać na tego typu zbytki, po prostu ich nie kupią. Będą zdani na tanie i tandetne przekąski, które moim zdanie wyłącznie niszczą smak, zamiast go kształtować.

Emeryci

Do karalucha przychodziły również mieszkające w okolicy osoby starsze. Niektóre z tych osób zapewne nie radziły już sobie z gotowaniem w domu. Kiedy przypominam sobie, ile razy moja babcia spaliła obiad, cieszę się, że ci samotni starsi ludzie nie próbują gotować w domu, bo byłoby to dla nich po prostu niebezpieczne. Karaluch dawał im ciepły i pożywny posiłek za cenę, którą ze swoich niewielkich emerytur byli w stanie zapłacić. Naprawdę jest mi przykro, że zlikwidowano miejsce, które zapewne dawało im pewną, może nawet nieuświadomioną radość. Teraz pozostał im już tylko zatłoczony i oddalony prawie o przecznicę Bar Familijny. Pewnie będą do niego chodzić, bo co mają innego zrobić?

Wszyscy razem

Bary mleczne stanowią (a przynajmniej stanowiły do niedawna, bo teraz próbuje się je za wszelką cenę zlikwidować) niezastąpiony element krajobrazu. Chodzą do nich zagraniczni turyści, choćby po to, aby poczuć klimat (w programie Discovery Channel Lonely Planet poświęconym częściowo Polsce, prowadzący zachwycał się smakiem, ceną i wielkością potraw z baru mlecznego). Są też miejscem, gdzie szybko i tanio można było zjeść, nie mając żadnego innego pomysłu. Żywią studentów, osoby niezamożne, starsze, a często także bezdomnych.

Pewnego razu, gdy byliśmy ze znajomymi właśnie w Karaluchu, przyszedł pan-siłacz, wiele wysiłku wkładający w budowanie mięśni. Był na diecie wysokobiałkowej, niezbędnej w treningu siłowym. Zamówił barszcz czerwony i 20 jajek na twardo. Czy gdziekolwiek indziej w okolicy miałby możliwość zjedzenia jakiegokolwiek białkowego posiłku? Niestety. Bary mleczne cechuje bowiem także to, że oferują bogate menu złożone z podstawowych elementów posiłku, z których każdy wedle upodobań lub konieczności może skomponować odpowiadający mu posiłek.

* * *

Ciesząc się z zamykania kolejnych barów mlecznych (bo wszak nie są one ideałem higieny, jedzenie jest dla smakosza niesatysfakcjonujące, obsługa osobliwa, a klientela nieodpowiednia), zachowujemy się niczym Maria Antonina mówiąca „Skoro nie mają chleba, niech jedzą ciastka”. Lubię dobre, wykwintne potrawy podane w gustowny sposób w gustownym miejscu. Nie jestem jednak tak krótkowzroczny i tak samolubny, aby opowiedzieć się za zamykaniem miejsc taniego posiłku, które nie odpowiadają moim standardom. Te miejsca to właśnie ludzie, ludzie, którzy cieszą się, że za niewielkie pieniądze mogą zjeść coś smacznego, coś innego niż kebab czy hamburger. Zamykając karalucha i otwierając na jego miejscu francuską piekarenkę nijak nie przyczyniono się do podniesienia standardów i wizerunku miejsca. Pozbawiono tylko garstkę staruszków obiadu, a studentów możliwości wyboru. Tyle się mówi o slow-foodzie, tyle się narzeka na fast-foody, ale gdy przychodzi co do czego, zamyka się te niedrogie „szkoły smaku” na rzecz rzekomego wyrafinowania. Czy dobre jedzenie musi być zarezerwowane dla zamożnych?

36 responses »

  1. Skoro nie mają chleba, niech idą do Coffe Heaven, gdzie można się zatruć niesmacznym muffinem i popić imitacją espresso z tekturowego kubeczka, a wszystko to za wygórowaną jak na produkt cenę i w byle jakich wnętrzach. No ale wiadomo, „zachód” ma być.

    A tego pana od 20 jajek to pamiętam do dziś!

  2. Często na wyjazdach korzystam z barów mlecznych – o ile jakiś gdzieś jeszcze znajdę. Bo ile jakiś obiad to się znajdzie praktycznie w każdym miejscu, to gdzie można zjeść normalne śniadanie. Jeśli nie ma baru mlecznego, to pozostaje jedynie bułka z parówką z supermarketu, popijana wodą z butelki😦

  3. Bardzo niespójna ta notka i chwilami zaprzeczająca sama sobie. Piszesz, że dobre „jedzenie to nie tylko ładnie udekorowana porcja podana w lokalu o przyjemnym wystroju, nawet niekoniecznie musi chodzi o niezwykle wyrafinowany smak… Często chodzi po prostu o ludzi.” Ale po pierwsze, po tym nie ma nic więcej na temat tych ludzi (zresztą w barach mlecznych jada(ło) sporo, excuzes moi, śmierdzących bezdomnych, które to towarzystwo bynajmniej nie wpływa pozytywnie na doznania towarzyszące jedzeniu), jedynie mętne stwierdzenie że jadali studenci. No studenci, no i co z nimi? Studenci są jakąś hiperkulturą, że każdy posiłek spożywany w ich towarzystwie jest smaczniejszy? No nie sądzę. W tym samym zdaniu pada stwierdzenie „niezwykle wyrafinowany smak” co dla mnie jednoznacznie jest eufemizmem pozwalającym uniknąć pisania „dość paskudne, ale jadalne”. Sądzę, że twój zamysł był inny… ale może podświadomość coś chlapnęła?😉
    A dalej jeszcze gorzej. Stwierdzenie, że jedzenie podawane w barach mlecznych jest „proste, zdrowe i pozbawione chemii” jest tak naiwne, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Doprawdy. Zwłaszcza o tym kechupie. Tak, wszystkie bary mleczne masowo kupują najlepszej jakości kechup, delikatesowy wręcz. Jadłam raz w Karaluchu, bardziej tam poszłam właśnie pod wpływem opowieści mojej matki, z sentymentu, z ciekawości i… no cóż. Owszem, było to ciepłe. Owszem, sycące. I tyle. Ani smaczne, ani zdrowe (btw, czyżby w barach mlecznych w twojej wizji podawano mnóstwo warzyw, najlepiej gotowanych na parze, surówek, sałatek, z dobrej jakości warzyw? Jakoś w tych, które ja znam więcej jest tłustych, niesmacznych kotletów, zapychających kopytek, pierogów i innych mącznych potraw, ziemniaków, etc – średnio zdrowe, zapychające i tuczące). Co do pana siłacza – argument, że tylko w barze mlecznym mógł dostać dietę dopasowaną idealnie do jego potrzeb jest totalnie z dupy, bo jeżeli ktoś potrzebuje specjalnej diety, to najprościej jest mu ją sobie zapewnić w domu, kupienie 20 jajek i ugotowanie ich jest tańsze nawet niż w barze mlecznym.
    Czy dobre jedzenie musi by zarezerwowane dla zamożnych? Niekoniecznie, ale zrobiony w domu, od podstaw posiłek daje dużo, dużo lepsze gwarancje, że „wiesz, co jesz”, że wiesz jak czyste ręce dotykały jedzenia, wiesz na pewno CO w tym jest. Nie masz takiej gwarancji w barze. Nie masz nigdzie, ale jeżeli mówimy, jak Ty, o „delektowaniu się smakiem”, to jednak wolę się delektować carpaccio w drogiej knajpie, niż wątpliwej świeżości zeschniętym, przetłuszczonym, tradycyjnym polskim „schaboszczakiem” w lokalu o marnej jakości poziomie czystości. Albo własnoręcznie upieczonym kurczakiem. Nie jestem przeciwniczką barów mlecznych, każdemu według potrzeb, ale gloryfikacja barów mlecznych taka jak tu, jest po prostu… niesmaczna.

  4. Jak tak czytam jeszcze raz tą notkę, to dochodzę do wniosku, że w Twoim tonie brzmi w ogóle straszne poczucie wyższości. „Zamykają lokale nie odpowiadające moim standardom”. Ach, jaki jestem wspaniały zatem, że pochylam się z troską nad prostaczkami, którym te standardy odpowiadają. Wielki pan Figalucha, doprawdy. Pathetic.

  5. Królowo Nocy, można się z kimś nie zgadzać z wielu przyczyn i na wiele sposobów, ale sposób, w jaki to robimy, wystawia świadectwo nie oponentowi, ale nam samym. Jeśli coś tu jest niesmaczne, to na pewno Twoje mało finezyjne i zupełnie niepotrzebne argumenty ad personam.

  6. Wielka Pani Królowa, która wcale się nie wywyższa. Oj nie. Jak tam szukanie spodni? Czyżby rozmiary na tłuste paniusie w rozmiarze 38 znów psuły humor?

  7. Jakem wielbicielka kontrastów, tak kontrast między wypowiedzią Synafii i Małej_Mi przyprawił mnie o głęboki wstyd. I bynajmniej nie za siebie się wstydzę.

  8. Luca, a ja się cieszę, że jesteś jedną z ostatnich osób na tym świecie, które wiedzą jak używać słowa „bynajmniej”😀

  9. A przypomniało mi się, jak raz jadłam obiad w Familijnym i – jak to w barze mlecznym – zasiadłam z moja zupą pomidorową przy jednym stoliku ze „śmierdzącym bezdomnym”. Wielkie było moje zdziwienie, gdy ów bezdomny zaproponował mi, ze kupi mi drugie danie, jeśli obiecam mu, że kiedyś i ja kupię jedzenie potrzebującemu. W pełni świadoma, że to ja jemu prędzej mogę coś kupić, niż on mnie, podziękowałam uprzejmie. On się wówczas speszył i powiedział, że nie jest to żaden podryw na żarcie😉 ale że w czasie wojny (wiekowy to był człowiek) ktoś go kiedyś nakarmił, gdy prawie już z głodu schodził, i że to było dla niego tej miary przeżycie, ze od tej pory stara się pomagać tym, którzy są głodni. Do „porządnej restauracji” ten pan nie miał najmniejszych szans się dostać.

    Więc owszem, jak się nie lubi barów mlecznych ani „towarzystwa”, to się tam nie chodzi i tyle. Ale to nie zmienia faktu, że są tacy co lubią (ja) i tacy co muszą (tamten pan czy starsze panie, co już same sobie nie mają siły gotować) i oni by chcieli ten jeden czy dwa bary jednak mieć. Kto ma ochotę na carpaccio – wolna droga, ale chyba miłośników carpaccio sama obecność baru mlecznego w tym samym mieście, w którym przebywają ich pachnące ciała, nie powinna doprowadzać do palpitacji kory mózgowej.

  10. Hm.
    Kiedy królowa ma trochę racji.
    Czytając wpis człowiek ma takie wrażenie.. „Ja, który jest ponad te bary pochylam się nad maluczkimi. Jednocześnie bywam w nich nad wyraz często, poznaje/widuje róznych ludzi, ale pssst – to tylko stwierdzenie, bo dla mnie jest niewyrafinowane i nie jem tam”.
    Wiesz, że to nie wstyd jadać w barach mlecznych?
    Bo brzmisz jak kobieta, która chowając za siebie noworodka mówi, że trzeba zadbać o samotne kobiety, ale to jej nie dotyczy, to jest ponad nią, ona jest mądrzejsza.
    C’mon.
    Druga kwestia: muszą przejść przecznice dalej. Oh!
    Ile jest miejsc w Wwie, gdzie w promieniu wielu(!) przecznic nie ma barów mlecznych?
    Zapomniałeś o tych miejscach, czy po prostu tam akurat nie po drodze Ci, o empatyczny?

  11. „Ile jest miejsc w Wwie, gdzie w promieniu wielu(!) przecznic nie ma barów mlecznych? Zapomniałeś o tych miejscach, czy po prostu tam akurat nie po drodze Ci, o empatyczny?”

    Bardzo interesujący argument przeciwko notce traktującej o tym, że zdaniem autora nie należy zamykać barów mlecznych. Rozumiem, że Sykofanta by się nie „wywyższał”, gdyby protestował przeciw zamknięciu jednego z miliardów barów, ale jak protestuje przeciw zamknięciu jednego z dziecięciu, to się wywyższa. Czy też może powinien napisać notkę nie o tym, że zamknęli Karalucha, a o tym, że w wielu miejscach nigdy go nie było – to by dopiero był objaw empatii?

    A i jeszcze „Wiesz, że to nie wstyd jadać w barach mlecznych?”
    gdy tymczasem autor pisze: ” Sam lubiłem tam chodzić”. Raczej nietrafione pytanie.

    „Bo brzmisz jak kobieta, która chowając za siebie noworodka mówi, że trzeba zadbać o samotne kobiety, ale to jej nie dotyczy, to jest ponad nią, ona jest mądrzejsza.” Aaaa, prawda. Bo w obronie barów mlecznych może stawać tylko „śmierdzący bezdomny” względnie ubogi student, w obronie samotnych kobiet kobiety samotne, a w obronie bity dzieci – bite dzieci. Inaczej nie jest wiarygodny, tylko „empatyczny”, a na to się, nieprawdaż, inteligentny! człowiek nie nabierze.

  12. Odpowiem tutaj bez czytania na razie dalszej dyskusji. Po prostu na to, co napisałaś. Faktycznie może zbytnio starałem się „gloryfikować” bary mleczne i może rzeczywiście nie postarałem się za bardzo o spójność notki i pewne jej fragmenty mogą być niejasne lub szwankują.

    Niemniej… Pan na diecie białkowej zapewne jada w domu i przygotowuje tam sobie posiłki idealne dla siebie. Jednak, jak też pisałem w tej notce, zdarzają się sytuacje, w których jest to po prostu niemożliwe. Np. ja jednego roku spędzałem dwa dni w tygodniu po 12h na UW. Taszczenie ze sobą 5 posiłków na dany dzień było po porostu niemożliwością. i oczywiście masz rację, że w barach mlecznych królują potrawy mączne. Ale jest też całkiem dobry szpinak, sałatki, które Tobie wydają się wątpliwej jakości, moim zdaniem są dużo lepsze niż te z KFC (choć faktem jest, że w Karaluchu były średnie, dużo lepsze jadłem w stołówce BN, która też była – bo chyba również ją zamknięto – formą baru mlecznego). Poza tym jest dość szeroki wybór zup, a ja np. bardzo lubię zupy. Jedzenie w barach mlecznych jest zdrowsze niż w fast-foodach. Np. dlatego, że w fast-foodach nie podają, przytaczanych przez Ciebie, gotowanych ziemniaków, które są ważnym źródłem witaminy C w diecie naszego klimatu.

    Na koniec chciałbym zauważyć, że moja notka była kierowana głównie do tych, którzy przedkładają francuską piekarnię nad Karalucha. Ja się bardzo cieszę, że powstają takie miejsca, w podobnym Cafe Vincent jadam bardzo często i zawsze mają tam przepyszne rzeczy. Niemniej martwi mnie to, że te miejsca powstają kosztem innych, lubianych przeze mnie, a dostosowanych również do potrzeb mniej zamożnych ludzi. To, co tak naprawdę chciałem przekazać, to potrzeba wspierania miejsc niedrogiej i smacznej kuchni. Jak na razie są tylko lokale zbyt drogie (dla Ciebie może nie, dla mnie może też nie, ale dla wielu osób są one zbyt drogie) lub po prostu tandetne. Jakość potraw podawanych w fast-foodzie i w barze mlecznym dramatycznie się różni, na korzyść baru mlecznego. Jasne, że nie jest to jadło dietetyczne, gotowane na parze itd. Niemniej jest naprawdę lepsze od dań z McDonald’s lub KFC.

  13. Przepraszam, ale w tym tonie nie będziemy rozmawiać. Jeżeli masz tego typu spostrzeżenia, to być może nie zrozumiałaś do końca tego, co napisałem, albo być może tak bardzo niezrozumiale piszę. Naprawdę byłem daleki od jakiegokolwiek wywyższania się.

  14. P -> Czytałem ostatnio pewną dyskusję na blogu, gdzie jedna z dyskutantek stwierdziła, że osoby, które bezpośrednio cytują fragmenty jej wypowiedzi, a następnie obok dopisują swój komentarz na ten temat, manipulują jej słowami.😛 Powinna przeczytać Twój komentarz do mojej notki – oto prawdziwa manipulacja słowami. Absolutnie nie starałem się wywyższyć. Co więcej wielokrotnie jadałem w barach mlecznych.

    Co do drugiej części, to przykro mi – nie jestem naczelnym architektem miasta ani administratorem budynków komunalnych, ani także działaczem organizacji społecznej. Uważam natomiast, że pisanie o pewnych sprawach jest po prostu ważne. Świata nie zmienię, ale może znajdą się inne osoby, które uważają tak jak ja.
    Ponadto owszem, do Karalucha miałem po prostu po drodze. Bo tak się dziwnie składa, że nie mam nieograniczonej ilości czasu i nie podróżuje po całej Warszawie w poszukiwaniu miejsc, gdzie nie ma baru mlecznego.

    Na koniec w kwestii empatii – tak się akurat dobrze składa, że w rejonie Krakowskiego faktycznie w pobliżu jest drugi bar mleczny. Ale naprawdę czasem można postawić się w sytuacji osoby starszej i niedołężnej. Chodzenie czasem sprawia wiele trudności i bólu.

  15. Ta odpowiedź mnie przekonuje, choć jeszcze nie rozumiem czemu zarówno w notce, jak i w tym komentarzu co chwilę podkreślasz wyższość barów mlecznych nad KFC i Makiem, tak jakby ktokolwiek tutaj napisał dobre słowo o fast fuu (w których, notabene, jest właśnie trochę drożej niż w barach mlecznych, a jedzenie jest totalnie pustymi kaloriami, zapycha na długo, ale ma zerową wartość odżywczą, spreparowane tak, że „bułka” z Maka nie ma nic wspólnego z czymś, co nazywamy bułeczką).
    No i to wytłuszczone zdanie o kształtowaniu kulinarnych gustów przyszłych pokoleń, ehhh. Jeżeli mam kształtować gust moich dzieci, to wolę im przygotować coś smacznego w domu, ładnie podać, zjeść w spokojnej atmosferze, bez tłumów przewalających się za plecami, bez okrzyków „ruskie raz!”, co chwilę, bez nierzadko ubrudzonego resztkami poprzedniego dania stołu, wyszczerbionego kubka, etc. W barach mlecznych je się, aby zjeść, szybko, a nie celebruje posiłek, rozkoszując się czynnością jedzenia, no nie da się przy czynnikach opisanych wyżej.
    Ja, zauważ nie mówię, że zamykanie barów mlecznych jest dobre. W gruncie rzeczy komentarz na White Plate, który cię sprowokował do napisania tej żarliwej przemowy, też nie twierdził jednoznacznie, że to jest ok, autorka jedynie uważa że to miła odmiana po tamtym, ale nie twierdzi „zamknąć wszystkie bary mleczne” – wydaje mi się, że trochę nadinterpretujesz te parę słów I.nnej.
    Oraz, no cóż, ja nie wiem czemu Karaluch zniknął – widać nie przetrwał finansowo, to nie jest w tym momencie „akcja wymierzona w bary mleczne”, tylko zwyczajne, twarde reguły rynku, podobnie może upaść sklep z dywanami, a na jego miejscu powstać bank. Nie mówię że to jest fajne, ale takie jest życie. Czy można więc rzucać oskarżenia pod adresem… no, ty w zasadzie próbujesz oskarżać tak ogólnie, cały świat. Nie zgodzę się też, że jedynie bary mleczne były dla wielu emerytów możliwością zjedzenia ciepłego posiłku za najmniejsze pieniądze, tyle co kosztuje porcja 100 dg ziemniaków w mleczaku, w warzywniaku kosztuje ich kilogram, podobnie kupienie mrożonki warzywnej Hortexu i kubeczka śmietany oraz ugotowanie zupy w domu jest korzystniejsze finansowo. A jeżeli, jak twierdzisz, osoba starsza ma problemy z gotowaniem, to prędzej też z wyprawą do baru będzie miała problem. Wiesz, może pomóc rodzina, sąsiadka, wolontariusz… A poza wszystkim się nie opłaca finansowo, no.

  16. A ja nie zauważyłam w notce Sykofanty tonu wywyższania się. Na pewno nie w stosunku do bywalców mlecznych barów. Zauważyłam wywyższanie się w stosunku do miłośników fast foodów, ale na Boga, w końcu notka ta ma w jakiś sposób służyć edukacji. Nie wyobrażam sobie jakoś edukowania w tonie: „przepraszam bardzo, może nie mam racji i w ogóle jestem głupi, ale wydaje mi się, oczywiście subiektywnie, ze źle postępujecie”. Cytując: c’mon.

  17. Kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej, czasem jadałam w barze mlecznym razem z mamą i rodzeństwem. Bar był blisko, był niedrogi, a moja mama nie zawsze miała czas i siłę gotować, zresztą nigdy tego jakoś bardzo nie lubiła. Zabierała nas więc do baru, gdzie z ogromnym zadowoleniem pałaszowaliśmy naleśniki z serem. Było mi przykro, kiedy ten bar zamknięto (od dobrych paru lat jest w tym miejscu chińska restauracja), tak samo, jak kiedy zamknięto podobny w Alejach Jerozolimskich, w którym kiedyś w szalenie romantycznych okolicznościach jadłam podwójne pierogi ruskie. I kiedy z Twojego bloga dowiedziałam się o zamknięciu Karalucha, też mi się smutno zrobiło.
    Te bary to coś, co wyróżnia nasz kraj. Co pozwala zjeść za niewielkie pieniądze czy to w trakcie zabieganego dnia, czy na wakacjach. Stanowi folklor i rozrywkę, bo patrzymy na nie jak na kuriozum, relikt ledwo pamiętanej epoki.
    Tak swoją drogą, może P. nie do końca zrozumiał Twoje intencje właśnie dlatego, że dlań te bary nie są częścią dzieciństwa, a bardziej jadłodajniami dla niezamożnych? Coraz częściej zauważam, że urodzeni po 1983 roku inaczej patrzą na wiele rzeczy.

  18. Królowo Nocy, cieszę się, że w miarę przekonało Cię moje wytłumaczenie. Z tym kształtowaniem smaku chodziło mi tylko o alternatywę. Jeśli masz mało pieniędzy (powiedzmy 12 czy 15 zł na cały obiad) to lepiej wybrać bar mleczny niż jeden z okolicznych fast-foodów. Cała reszta, czyli okoliczne restauracyjki, należą już do innej kategorii cenowej. Nie chodzi mi wcale o to, że należy się stołować w barach mlecznych, bo tam jest tak super. Oczywiście, że przygotowanie posiłku w domu jest zasadniczo lepsze! Najlepsze w gruncie rzeczy. Należy też pamiętać, ale to już trochę inna kwestia, że wcale nie wszyscy to wiedzą, nie jest to wcale oczywiste.

    Co do tego, że sprowokowała mnie wypowiedź I.nnej – mnie zawsze prowokują maleńkie rzeczy, furiat jestem i tyle. Nie zarzucam nic złego tej osobie, słabo ją znam, a z kilku komentów jej autorstwa, które czytałem, wnioskuję, że jest to osoba sensowna i miła.

    Co do przyczyn zamknięcia Karalucha – bardzo podniesiono im czynsz. Musieli podnieść ceny, a wiadomo, że nikt nie będzie tam jadł obiadu za 30 zeta, bo za tyle można już zjeść w innych lokalach. To samo stało się z wieloma przyjemnymi miejscami, które są wypierane przez pełne bufonady lodziarnie itp. Chodzi mi zasadniczo o to, że jest fajnie, jak jest różnorodnie. Wiedzą o tym we Wrocławiu, gdzie na rynku różnicuje się czynsze w zależności od użyteczności i tradycji danego przedsiębiorcy – sklep z ciuchami płaci 100 zeta za metr, a zegarmistrz 5. Fajnie jest więc, gdy każdy ma coś dla siebie, że można pójść do francuskiej piekarenki albo do baru mlecznego. Problem w tym, że tych ostatnich jest coraz mniej, a tych pierwszych coraz więcej. A to już nie jest różnorodność.

  19. Luce i Synafii chciałbym podziękować za piękne historie.

    Reszcie za wzięcie udziału w dyskusji (która być może jeszcze się nie skończyła).

  20. Zamknęli Karalucha? Strasznie smutne, to było najtańsze normalne jedzenie w okolicy.

    Przynajmniej było to zwykłe jedzenie, może nie najsmaczniejsze (ta śmietana z wodą do naleśników…), ale zawsze coś ciepłego na obiad miedzy zajęciami. Nie lubię kebabów, McDonald’s mnie przeraża, a tłuste żarcie od taniego pseudochińczyka mi szkodzi. Teraz pozostaje taszczyć z domu prowizoryczny prymus i obiad w menażce:)

    Pochylmy się w milczeniu nad hitami tej wybitnej jadłodajni. Dla mnie były to:
    1. Naleśniki z serem: polane śmietaną z lekka chrzczoną, ale smakujące jak należy i ciepłe
    2. Żurek, zwłaszcza ten na płuckach – pyszny, prawdziwy żurek, można się było nim najeść,
    3. Zupa pomidorowa zarówno z makaronem, jak i z ryżem – kolejna sycąca i smakująca po domowemu.
    4. Zupa pieczarkowa – podawana nietypowo, bo z makaronem, ale równie dobra, co poprzednie,
    5. Kompot – taki, jak mamusia latem robiła (byle nie przyglądać się szklankom zbyt uważnie).

    Jakie były wasze karaluchowe hiciory?

  21. O, głupio, na komentarz autora nie da się odpowiedzieć i to potem powoduje że nie wiadomo na co kto odpowiada.
    Otóż mówisz o tej innej kategorii cenowej restauracyjek, gdy się ma 12 czy 15 zł na obiad. Hmm, cały obiad może nie, ale smaczną, pożywną zupę spokojnie się znajdzie w okolicach 10 złotych w jakiejś małej knajpce niebędącej fast fuu. A sałatkę można sobie zrobić w domu i przynieść w plastikowym pojemniczku. Do tego kanapka, jabłko… Da się żywić na studiach bez KFC, które jest obrzydliwe. Sądzę.
    Ja kiedyś ze smakiem jadłam w barze mlecznym na Żoliborzu, nie pamiętam nazwy, jest to taki osobny budyneczek z żółto-niebieskim wystrojem. Koło domu mam bar-sklep o wdzięcznej nazwie „Leniwa gospodyni” i nie jest to bar mleczny, a można zjeść bardzo porządne jedzenie w niewygórowanych cenach, a także jest wielki wybór gotowych naleśników, pierogów, sałatek, ryb, które można kupić do domu. No trzeba jakoś kombinować, ja mam problem ze stołówką w pracy, w której śniadania są rewelacyjne, jest wielki wybór dodatków do chleba, jogurty, owoce, robią jajecznicę taką jak chcesz, mleko i kilka rodzajów płatków – każdy znajdzie coś dla siebie i jest to bardzo smaczne. Ale śniadanie zjem rano, a po południu jestem głodna, bo obiady są paskudne. Trzy różne dania, do nich jakieś dodatki – na ogół jedyne co jest bezpieczne to ryż lub kasa gryczana oraz samodzielnie skomponowana sałatka – mięsa, ryby, czy nawet warzywa są niesmaczne i zalegają na żołądku na długo😦
    Więc niby mam jedzenie w niewygórowanych cenach, plus zniżka pracownicza, ale i tak najczęściej wychodzę po pracy głodna i pędzę do domu coś sobie ugotować.

  22. A to ja odpowiem – to był skierowany do mnie idiotyczny komentarz ad personam, tak głupi i na tak niskim poziomie, że nawet nie chciało mi się na niego odpowiadać, bo co tu mówić…

  23. No masz rację, że jest jednak trochę tych niezbyt drogich miejsc w Warszawie, choćby Krokiecik (chyba przy Szpitalnej). Niemniej dla wielu osób, które studiowały na UW, Karaluch był kultowym miejscem i żal się trochę robi. A mnie jest coraz bardziej przykro, bo coraz więcej miejsc, które były niedrogie i do których lubiłem chodzić, jest zamykanych. I tak w sumie mi szkoda. Bo fajnie, że paryskie piekarnie, że belgijskie lodziarnie, ale już tych dawnych miejsc ze specyficznym klimatem nie ma. A te nowe wszystkie są raczej jednakowe. Ale co kto lubi. U mnie sentyment przeważył.

  24. Dla mnie kultowym daniem był omlet z prażonym jabłkiem. Zupa pomidorowa też była kulska.😀

  25. Sykofanto, widzę, że znasz już mojego bloga, więc pewnie wiesz, że nie jestem fanką sieciowych kawiarni i plastikowego jedzenia😉 Nie chodziło o to, że Saint Honore to takie super miejsce, tylko że Karaluch był paskudny. Mimo że studiowałam na UW, byłam w nim raz. Odstraszał mnie „wystrój”.

    W temacie kebabów – tak, uważam, że nie powinno ich być na Krakowskim Przedmieściu. Podobnie, jak na krakowskim Rynku Głównym i innych tego typu lokalizacjach. W żadnym szanującym się miejscu w Europie nie ma czegoś takiego, żeby w miejscu, które ma reprezentować miasto, były „chińczyki” czy „kebaby”. Obawiam się, że jedynym sposobem może być podnoszenie czynszu do poziomu, w którym ten biznes przestanie się opłacać. Kwestię tanich obiadów dla studentów można łatwo rozwiązać – wystarczyłaby stołówka na terenie Kampusu albo bar w stylu Kralucha w bliskich okolicach, choćby na tyłach Nowego Światu.

    A tak zupełnie obok tematu… Co pewien czas podnoszona jest sprawa neonów i reklam na Starówce. Dużo gadania i jakoś efektów nie widać. Jakiś czas temu byłam w Mediolanie i największym zaskoczeniem był dla mnie widok czarno-złotej witryny MacDonalds’a (http://3.bp.blogspot.com/_WP-XAhJ3mbw/SPXCByoI4WI/AAAAAAAAAK0/EnhJE8FwHXE/s320/P9126790.JPG)- takiej samej jak butiki Prady czy Vuittona. Skoro tam udało się to zrobić, to może u nas też się da, tylko potrzeba jeszcze trochę czasu.

  26. Dzięki za odwiedziny! Jak widzisz, jesteś już u mnie zlinkowana, bo uważam, że Twój blog jest godny uwagi. Co do całego mojego wzburzenia, to jest trochę tak, jak pisałem u Ireny – przez moje ogromne zainteresowania jedzeniem cały czas się we mnie coś gotuje. Bardzo często zdarza mi się, że jakieś zupełnie drobne uwagi innych ludzi są dla mnie pretekstem do ogromnych wywodów.😀 Widzę jednak po dyskusji w tym poście, że zdania na temat Karalucha są bardzo podzielone i to też dobrze.

  27. A witryna jest faktycznie genialna! Choć niestety nadal sądzę, że McDonald’s powinien w ogóle nie istnieć.

  28. Rozumiem, sama jestem dość porywczą osobą. Często zanim coś napiszę, idę na spacer z psem, odetchnąć.😉
    W kwestii Maca powiem tylko tyle, że dla mnie również mógłby nie istnieć – podobnie jak KFC, Starbucks itd. Ale jeśli już jest, to niech się przynajmniej wpasuje w otoczenie.

  29. Mi też żal Karaluszka, choć nie było to idealne miejsce pod względem sanitarnym, ale Karaluch to była historia🙂

    A co miejsc na UW, to obiad można jeszcze tanio zjeść w uniwersyteckiej stołówce i w barkach – w podziemiu starego BUWu i w podziemiach Audytorium Maximum, więc KFC nie jest jedynym rozwiązaniem (na szczęście)

  30. A fakt! Zupełnie o tym zapomniałem. W obydwu przecież byłem! Ale stołówka moim zdaniem jest jeszcze mniej przyjemna niż Karaluch, a bar w AudiMaksie jakiś taki też nie bardzo. Ale zawsze to pewna alternatywa… dla studentów… Bo z zewnątrz chyba mało kto tam przychodzi.

  31. Pingback: Rewolucja smaku « figulacha z makulachem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s