Informację z etykiety

Standardowy

Dziś może trochę lżejszy temat, a mianowicie o etykietach produktów spożywczych. Zainspirował mnie artykuł na Student BMJ o nowym pomyśle na etykietowanie produktów wartością odżywczą. Pomysł opiera się na tym, że cukier, tłuszcze, tłuszcze nasycone i sól są oznaczane kolorami świateł ulicznych w zależności od ich zawartości w produkcie: zielonym – niska zawartość, żółtym – średnia zawartość i czerwonym – wysoka zawartość. Przy każdym składniku podawana jest też jego ilość w produkcie (w porcji jaką zawiera opakowane). Oznakowanie wygląda następująco:

Źródło: Student BMJ

Jak na razie pomysł został odrzucony przez komisję ds. środowiska Parlamentu Europejskiego.

The German MEP Renate Sommer, who drafted the environment committee report, said that traffic light colours would only serve to confuse customers. “The colour red is usually meant to indicate that someone should not do something. But if you only eat products coloured green then you are probably not eating an imbalanced diet,” she said.

Jakie są zalety takiego sposobu etykietowania? Dlaczego jest on lepszy od podawania GDA (dzienne zapotrzebowanie) lub po prostu informacji żywieniowej (informacja o ilości energii i składników odżywczych w 100 g produktu)?

Monique Goyens, director general of BEUC, the European consumer organisation, said that consumers don’t have time to check and compare complicated information provided by GDAs. She insists that simple, conspicuous, comparable, and easy to understand labelling, such as the traffic light scheme, is the best way to inform consumers. “Research from across Europe has told us that consumers find colour coding the easiest and simplest way to make informed and healthy choices. When we clearly have an obesity epidemic spreading across Europe, and when consumers clearly want to make healthier choices about their diet, we really should give them the tools that work best and which they want,” she said. (Pogrubienie: Sykofanta)

Szczerze powiem: sądzę, że wątpię. Szczególnie w ostatnie zdanie. Etykieta produktu nigdy tak naprawdę nie jest i nie była narzędziem pozwalającym przeciętnemu konsumentowi ocenić wartość dietetyczną produktu. Żaden system nie dawał takiej możliwość i jak sądzę, żaden nie będzie dawał. Dlaczego? Z kilku powodów.

Po pierwsze, wartość kaloryczna podana na etykietach większość produktów pochodzi z policzenia. Tak, nikt nie zadaje sobie trudu, aby doświadczalnie zbadać ilość energii, jaką może wydzielić produkt. Jedyne co się robi, to oznacza się zawartość węglowodanów, tłuszczów i białek w produkcie (choć w przypadku niektórych produktów i one pochodzą z policzenia). Następnie te ilości przemnaża się przez równoważniki Atwatera:

  • 1 g białka = 4 kacl,
  • 1 g cukru = 4 kcal,
  • 1 g tłuszczu = 9 kacl,
  • 1 g alkoholu = 7 kacl.

W ten sposób znając ilość poszczególnych frakcji produktu, możemy bardzo łatwo ustalić jego kaloryczność. Jeśli nie wierzycie, to weźcie dowolny produkt i stosując wymienniki policzcie zawartość kalorii, a następnie porównajcie z podaną na opakowaniu wartością.

Z oczywistych przyczyn równoważniki Atwatera są bardzo niedokładne. Ich niedokładność polega nie tylko na tym, że nie każdy przyswajalny węglowodan czy białko trawione są tak samo i w tym samym stopniu, ale także na tym, że są to wartości zaokrąglone. Mamy więc pierwszą zmyłkę.

Po drugie, przyswajalność poszczególnych substancji jest cechą osobniczą i nie u każdego trawienie danej substancji przebiega jednakowo. (Zmyłka druga.) Ponadto część substancji nie zostaje wcale przyswojona przez nasz organizm, gdyż po dotarciu do jelit (gdzie głównie odbywa się wchłanianie substancji odżywczych) zostaje skradziona przez żyjące tam drobnoustroje. (Zmyłka trzecia.)

Po trzecie, przeciętny konsument nie lubi liczyć, lubi za to sam się oszukiwać. Producenci o tym wiedzą i stosują liczne wybiegi (bo producenci potrafią liczyć i lubią, może niekoniecznie oszukiwać, ale naginać rzeczywistość). Przeciętny klient nie wie, ile waży kostka czekolady, a nawet jeśli wie, to nie będzie mu się chciało przeliczać ze 100 g produktu na jedną kostkę. Przeciętny konsument nie potrafi też ocenić, ile już zjadł danego dnia (gdyby policzył, złapałby się za głowę, ale obliczenia takie, nawet bardzo przybliżone, są niezwykle czasochłonne).

Czasami producent jakby szedł konsumentowi na rękę i podawał ilość substancji odżywczych w przeliczeniu na porcję. Fajnie jest znaleźć na opakowaniu płatków śniadaniowych informację, że mają ileś-tam kalorii w porcji równej 30 gramom. Tylko ile to 30 gram? Filiżanka? 5 łyżek? Pół miseczki? Innym razem dowiadujemy się, że spożyty przez nas batonik jest „light” lub „linea”, bo zawiera w porcji, czyli w całym sobie, tylko np. 80 kcal. A ile waży? 25 gram. Kefir w 25 gramach ma ok. 13 kcal. Co jest więc bardziej „light”? Konsument jest oczywiście zadowolony, bo zjadł „tylko” 90 kcal. Nie myśli na razie, że zamiast małego batonika mógł wypić szklankę (200 g) kefiru – byłoby zdrowiej, prawdopodobnie bardziej by się nasycił, a kalorii praktycznie tyle samo. (Zmyłka, zmyłka.)

Szczególnie ze względu na powyższe przypadki wprowadzono w końcu GDA (= Guideline Daily Amounts), czyli zalecane dzienne spożycie. Wszyscy się ucieszyliśmy, bo teraz konsumentowi łatwiej będzie ocenić, ile czego zjadł, ile jeszcze zjeść może i w ogóle będzie od razu zdrowszy.

I tu pojawia się po czwarte. GDA wyrażane jest w procentach – pokazuje ile procent dziennego zapotrzebowania zaspokaja (omawiana już) porcja albo opakowanie (czasami także 100 g produktu). Oczywiście GDA wyliczane jest na podstawie omówionych wyżej na oko policzonych kalorii. A ponadto, zmyłka już nie wiem która, przy założonym dziennym zapotrzebowaniu (spożyciu) energii na ustalonym poziomie. Radzę dokładnie czytać. Najczęściej jest to 2000 kcal. Czyli jeśli np. mamy podane, że dany produkt zaspokaja 14% dziennego zapotrzebowania na cukier, to musimy dodać, że tylko przy założeniu, że dziennie spożywamy 2000 kcal. Jeśli nasza dieta ma być uboższa lub bogatsza w energię, to GDA możemy potraktować jako zbiór ładnych znaczków na opakowaniu.

Czy w takim razie informacja, że w produkcie jest wysoki poziom tłuszczu (światło czerwone) lub średni poziom cukru (światło żółte), powie cokolwiek przeciętnemu konsumentowi? Chyba tyle, że dla masła, margaryny, oleju i smalcu światło czerwone i nie należy jeść tego świństwa w ogóle.

Myślę więc, że wszyscy, którzy tak bardzo chcą uchronić ludzkość od otyłości, zapewnić ludziom zdrowe pożywienie i powstrzymać tych wstrętnych producentów od produkowania „czystej chemii” i „nafaszerowanych cukrem świństw”, powinni raczej zabrać się za rzetelną i gruntowną edukację żywieniową, zaczynając najlepiej już w podstawówce. Bo co komu po informacji, że jogurt ma mało cukru (dużo słodzika za to, bo konsument chce, żeby był słodki)? Ja osobiście wolałbym, żeby ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że wybierając jogurt owocowy, wybierają produkt bardziej tuczący od naturalnego. Nie oszukujmy się, owoce w owocowym jogurcie nie są „prosto z krzaczka”, a jego słodki smak nie pochodzi od tego, że poziomki dojrzewały w słońcu.

Musimy pogodzić się z faktem, że informacja żywieniowa jest tylko orientacyjna. Wszelkie wyliczenie i próby sumowania spożytych składników, w tym substancji mineralnych i witamin, są obciążone sporym błędem i mają stanowić tylko pomoc w planowaniu diety. Niestety jedynym przepisem na zdrowie żywienie jest przynajmniej elementarna wiedza i umiarkowanie.

Literatura:
Asprey Donald (2010). Food labelling: traffic light scheme on amber. Student BMJ

6 responses »

  1. „‚if you only eat products coloured green then you are probably not eating an imbalanced diet” – naprawdę tak powiedziano, podwójne przeczenie? Aż do słownika sięgnąłem, czy to nie ja głupoty opowiadam… Na innych portalach ta wypowiedź również jest w takiej formie, mam nadzieję, że to tylko dziennikarskie przekłamanie.

  2. @ Orlinos

    Fakt. Przy pisaniu posta tylko przeleciałem wzrokiem po cytacie, ale rzeczywiście podczas pierwszego czytania zwróciło to moją uwagę. Ale może to miał być taki pseudonaukowy bełkot, takie zapewnienie, że mam rację, ale mogę się mylić. W końcu może się zdarzyć, że osoba jedząca produkty tylko z zielonymi etykietami jednak będzie miała niezbilansowaną dietę.

  3. Czy to ‚nowe’ oznaczenie ma zastąpić dotychczasowe, czy stanowić jego uzupełnienie? W tym drugim przypadku można go nieco bronić- ale wydaje mi się, że nawet wtedy nie zrobi to żadnej różnicy poza efektem marketingowym (taka ‚cytrynka’ na zielono wygląda atrakcyjnie:).

    I taka uszczypliwość mała: a czy będzie jakiś kolor przypisany różnym ‚wypełniaczom’ powiększającym masę np. takiej ‚szynki’?🙂

  4. Jak widze coś na czerwono od razu rzucam w kąt:P No chyba, że na czerwono to białko😉 Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s