Czego nie musicie wiedzieć o witaminie D

Standardowy

Każdy z nas coś tam wie o witaminie D. Jedni więcej, inni mniej. Ja dziś dowiedziałem się rzeczy, których większość osób wiedzieć nie chce. Nie dlatego, że są straszne, ale dlatego, że są strasznie skomplikowane. Dowiedzieć się ich musiałem, bo na początku października mam egzamin z biochemii żywienia (zwanej czasem pociesznie „biochemią żywności”). Nie twierdzę, że wiedza ta jest mi niepotrzebna albo że jest nudna. Jest fascynująca, choć bardzo rozległa i trudna. Mimo tego wszystko byłoby dobrze, gdyby nie… Ale zacznijmy od początku.

Wykłady

Byłem może na trzech. Na początku zdawały mi się fascynujące, ale potem zgubiłem wątek. Przyczyna była prosta – większość osób, które po raz pierwszy stykają się z konkretnym działem biochemii (czyli nie z biochemią ogólną, na której jesteśmy uczeni tylko co to białko, co to enzym, jak to działać) czuje się zagubiona. Skomplikowane, długie nazwy enzymów, ich substratów i produktów, nazwy, na których można połamać sobie język. Potem zlepki dużych i małych liter naprzemiennie z cyframi, co jak się okazuje, jest prostszą wersją tych długaśnych nazw (abrewiaturą). W końcu podobne kombinacje liter na oznaczenie genów kodujących syntezę wcześniej oliterowanych enzymów oraz molekuł odpowiedzialnych za regulację sekrecji tychże enzymów. Sami rozumiecie, że bez porządnego omówienia tego wszystkiego nie może być mowy o pojęciu materiału.

Nasza wykładowczyni od biochemii żywienia postanowiła jednak nie zadawać sobie aż tyle trudu. Po co takim tumanom tumanowatym tłumaczyć. Niech się po prostu tego na pamięć nauczą, co tam! Dlatego siedziała twardo przez 3 godziny wykładu i czytała kolejne sekwencje liter i cyfr z rzutowanych przez siebie slajdów. Pod koniec każdego slajdu robiła pauzę, coby sala zdążyła przerysować litery, cyfry i łączące je w schematy strzałki i kreski. W trosce o wysoki poziom naszego kształcenia pytała nawet, czy może już wyświetlić kolejny slajd, czy już przepisaliśmy.

Egzamin

Przed końcem wykładów poszedłem zapytać grzecznie, czy mogłaby podać zakres materiału do egzaminu. Nie mogłaby. Podawała już, ale najwyraźniej mnie wtedy nie było (przypomnę też na wszelki wypadek: studia zaoczne – termin wykładu: piątek). Czy w takim razie mogłaby podać zalecaną literaturę? Nie mogłaby, bo to jest zlepek różnych informacji. Z czego więc mamy się uczyć? Z wykładów. O_O

Efekt egzaminu: zdało 15 na 66 obecnych na egzaminie osób.

Poprawa

Nie byłem w grupie szczęśliwców, którzy mają to za sobą. Mam z takimi przedmiotami ogromny problem, bo mam taką wadę, że chcę rozumieć, a nie 3Z: zakuć, zaliczyć, zapomnieć. No i jak zwykle się przejechałem…

Teraz więc uczę się do poprawy. Być może znowu się przejadę, bo faktycznie się uczę – czytam, doczytuję, analizuję. I odkrywam… Odkrywam prawdziwe rewelacje.

Witamina D

Naukę zacząłem raczej od środka, od witaminy D. Nie potrafię uzasadnić dlaczego, nie jest to zresztą ważne. Ważne jest za to, że aby ułatwić sobie zrozumienie zapisanych na slajdach wykładowych ciągów liter i cyfr (do których w trakcie wykładów wcale nie otrzymaliśmy dodatkowych słownych tłumaczeń) zaglądam do wydanej w 2008 roku przez PWN książki Żywienie człowieka (na stronie PWN widzę, że jest już nowe wydanie, ciekawe, czy poprawione). Książka ta jest (a raczej miała chyba być) swoistą „ściągą żywieniowca” – wszystko jest w niej omówione dość uczenie, ale jednocześnie skrótowo. W każdym razie otwieram rozdział o witaminie D i czytam:

Termin witamina D obejmuje trzy steroidy wykazujące aktywność biologiczną cholekalcyferolu: chlekalcyferol [zwany witaminą D3 – przyp. Syk.], ergokalcyferol [zwany witaminą D2 – przyp. Syk.] oraz 25-hydroksycholekalcyferol […]. Cholekalcyferol oraz ergokalcyferol wykazują jednakową aktywność biologiczną.

Do they? W innej książce (Handbook of Vitamins) czytam:

Recent evidence indicates that in man, vitamin D2 has only 25%–30% of the biological activity of vitamin D3.

W którą z tych informacji powinienem więc uwierzyć? Dodatkowo na wykładach w ogóle nie wspomniano o ergoklacyferolu. Może więc powinienem o całej sprawie zapomnieć? – w końcu na egzaminie tego nie będzie…

Kolejną rewelację odkrywam już konkretnie w treści wykładów:

Produkt działania CYP27 – 25-OH-D3 jest formą D3 obecną w najwyższym stężeniu w krążeniu […].

Dotarliśmy wreszcie do magicznych literek i cyferek. Sięgam znowu po Handbook of Vitamins, aby się dokształcić i rozjaśnić sobie w głowie. Czytam, czytam, czytam kilka razy, ale cały czas, coś się nie zgadza. W podrozdziale poświęconym 25(OH)D3 (bo taki jest prawidłowy zapis, ale nie bądźmy szczególantami) występuje jedynie nazwa CYP2R1. Pragnę jeszcze bardziej rozjaśnić sobie mroki, bo nadal nie kumam tych literkocyferkowych skrótów – zaglądam na angielską wiki. I w końcu się dowiaduję, że w hendbuku wszystko się zgadza, a w wykładach – nie do końca.

Czego nie musicie wiedzieć o witaminie D

Witamina D nie jest do końca witaminą. Dlaczego? Otóż witaminy definiowane są jako substancje, których nasze organizmy nie wytwarzają samodzielnie, a których niewielkie ilości są niezbędne w procesach życiowych organizmu. Tymczasem głównym źródłem witaminy D dla naszego organizmu jest nasz organizm. Powstaje ona w naszej skórze na skutek działania promieni UV-B. Dlatego określa się ją raczej jako prohormon, gdyż w wyniku jej przekształceń powstaje sterol o właściwościach hormonu. Jak to wszystko się dzieje? Spójrzmy na schemat (źródło: Nature):

  1. Zacznijmy od górnej lewej część schematu: W skórze znajduje się 7-dehydrocholesterol, związek pochodny cholesterolu, który pod wpływem działania promieni UV-B zostaje zamieniony w cholekalcyferol.
  2. Idziemy w prawo: Cholekalcyferol dostaje się do krwiobiegu i zostaje przetransportowany do wątroby, którą widzimy w środkowej części schematu.
  3. W wątrobie cholekalcyferol zostaje enzymatycznie zmieniony w 25-hydroksycholekalcyferol, zwany też 25(OH)D3. Enzymem uczestniczącym w tej reakcji jest 25-hydroksylaza witaminy D3 (na schemacie oznaczona jako 25-OHase), która jest jednym z enzymów z rodziny cytochromu P450 i nosi skróconą nazwę CYP2R1.
  4. Pomijamy strzałkę prowadzącą w prawo i idziemy prosto w dół: Z wątroby 25(OH)D3 dostaje się znowu do krwiobiegu i jest transportowana do nerek. W nerkach ulega kolejnemu enzymatycznemu przekształceniu, w wyniku którego powstaje w końcu forma biologicznie aktywna: 1α,25-dihydroksychlekalcyferol, zwany też kalcytriol. Enzymem uczestniczącym w tej reakcji jest również enzym z rodziny cytochromu P450: 1α-hydroksylaza 25-hydroksy witaminy D3, zwana w skrócie CYP27B1 (na schemacie 1α-OHase).

W ten sposób dotarliśmy do sedna sprawy. Przypomnijmy sobie cytat z wykładów:

Produkt działania CYP27 – 25-OH-D3 jest formą D3 obecną w najwyższym stężeniu w krążeniu […].

Coś jest tutaj nie tak, prawda? Po pierwsze, oczywiście nie chodzi o dowolny CYP27, bo jest ich kilka rodzajów, ale konkretnie o CYP27B1. Po drugie, produktem działania tego enzymu zdecydowanie nie jest 25(OH)D3, gdyż związek ten jest jego substratem! O pomyłce nie mam mowy, gdyż na slajdach wykładowych w dalszej części kontynuowany jest temat CYP27. Dla pewności zerknijmy jeszcze, co jest napisane w Handbook of Vitamins:

Cheng et al. were the first to identify a microsomal CYP2R1 protein as a potential candidate for the liver vitamin D 25-hydroxylase based on the enzyme’s biochemical properties, conservation, and expression pattern.

To rodzi poważne zastrzeżenia. W jakim celu uczyć się na pamięć informacji, które nie tylko są całkowicie niezrozumiałe dla większości osób, ale w dodatku niepoprawne? Czy naprawdę skazani jesteśmy na edukację, w której chodzi tylko o zaliczanie przedmiotów? Łatwiej byłoby w takim razie pobrać od studentów należne za wszystkie 4 lata studiów opłaty i od ręki wydać dyplomy. Nie wierzę, aby osoby niezainteresowane tematem sięgnęły po wyjaśnienia, dlatego większość po prostu nauczy się slajdów na pamięć, a potem zapomni. Małe zło, bo te niepoprawne informacje też zapomną. Tylko po co ten cały cyrk?

10 responses »

  1. Well. To tylko dowodzi jednej rzeczy: trzeba uczyć się samemu, a profesorów, nauczycieli, ich kursy i ćwiczenia traktować jako pomoce naukowe, jako system, z którego możemy wziąć to, co potrzebujemy, a nie cel sam w sobie.

    Każdy na pewno miał takie doświadczenie na studiach — trzeba było wykuć coś dla jakiegoś palanta, któremu nie chciało się nawet od dwudziestu lat zmienić swoich wykładów, który gorzej niż studenci znał przedmiot, którego ich uczył. Cóż Ci mogę doradzić — trzeba przez to przejść, i tyle. Jeśli miałeś szczęście i mądrość w planowaniu studiów, to z takimi palantami będziesz się stosunkowo rzadko spotykał.

    W wypadku sprzecznych i niejasnych informacji w podręcznikach, wiele można wyciągnąć z publikacji naukowych. Nawet, jeśli nie znajdziesz od razu przystępnego artykułu przeglądowego, to artykuły poświęcone konkretnym problemom mają nierzadko dobrze napisany „mini-review” we wstępie.

    Jeśli zaś idzie o sam temat: bez jaj, to przecież ani nie jest takie skomplikowane, ani nie jest takie niepotrzebne, jak sugerujesz. A już na pewno nie jest niepotrzebną informacja umieszczona tuż pod podtytułem „Czego nie musicie wiedzieć” — że mianowicie promieniowanie UV, które zazwyczaj otrzymujemy wystawiając skórę na słońce jest konieczne do syntezy gotowego produktu, albo że jony wapnia są potrzebne do katalizy niektórych

    Nie jest też błahą informacja o znaczeniu witaminy D dla odpowiedzi immunologicznej organizmu (dolna część diagramu w części „Czego nie musicie…”). Część ryzyka zapadnięcia na niektóre choroby zakaźne (np. gruźlicę) może brać się z niedostatecznego wystawienia na działanie promieniowania UV.

    Artykuł, który być może warto przeczytać (nie czytałem, ale abstrakt brzmi zachęcająco): http://www.ajcn.org/cgi/content/full/87/4/1080S (jeśli nie masz dostępu, daj znac na priv, to podeślę).

  2. @ ztrewq

    Jak zwykle nie mogę się nie zgodzić.😀

    Co do trudności i potrzebności – też się zgadzam z Tobą. Tyle tylko, że widzę, jak to wygląda na moich studiach. Widzę, jakie ludzie mają problemy ze zrozumieniem takich tematów. Większość po prostu uczy się notatek i tyle. Czasem proszą o wytłumaczenia, ale rzadko sami sięgają do książek. Mało kto czyta po angielsku. I nie jest to wcale związane z tym, że to studia zaoczne, bo na dziennych jest dość podobnie.

    Szczerze Ci powiem, że ja mam pewien problem z biochemię, bo ogrom informacji czasem mnie przytłacza. Ale jak widać, chcieć to móc.

    Dodam również, że zarówno tytuł, jak i informacje o trudności tematu są skierowane do tej części czytelników, którzy nie są żywieniowcami, a często nie mają nawet nic wspólnego z naukami biologicznymi. Zerknij np. na wpis mojej przyjaciółki, która poleca mojego bloga z okazji Blogday 2010. Stąd moje zastrzeżenia.

    Dzięki za linka, artykuł śmiga w całości😛

  3. Szczerze Ci powiem, że ja mam pewien problem z biochemię, bo ogrom informacji czasem mnie przytłacza.

    Też kiedyś myślałem, że mam.

    Do momentu, jak zacząłem mieć problem z immunologią.

  4. @ ztrewq

    Z dnia na dzień zaczynam zauważać, że jednak nie jest trudna. Trudność stanowią zazwyczaj źle prowadzone wykłady. Jak pojąłem, o co chodzi z witaminą D, to od razu mi to w głowie zostało. Ale i tak jeszcze wiele do nadrobienia mam😛

  5. AnecdataChemia organiczna na pierwszym roku biologii – co ważniejsze, wykłady, na których przede wszystkim mam pisać co mówi profesor, ćwiczenia, na których eksperymenty przeprowadzane na przestarzałym sprzęcie dowodzą czasem rzeczy innych niż na wykładzie czy podręcznik nowszy niż zalecany przez wykładowcę? Przejechałem się dość boleśnie na wersji drugiej i trzeciej – na granicy wylecenia ze studiów. Na ostatecznym podejściu olałem prawdę, wykułem wykłady i zdałem🙂

    Po próbie nauczenia się o szkarłupniach czegoś więcej niż statystyka, uznałem że biochemia ma znacznie więcej logiki. Ale i tak immunologia rządzi.

  6. Immunologia ssie i obsysa. Z bliska przypomina zbieranie znaczków metodą Paszczaka. Większość zajmujących się nią ludzi nie udaje nawet prób zrozumienia o co chodzi, tylko kolekcjonuje kolejne factoidy na temat poszczególnych typów komórek, kolejnych typów cytokin, kolejnych typów cytokin w kolejnym typie komórek itd. Filatelistyczna wiedza, a nie nauka. Nauka dopiero z tej wiedzy zaczyna kiełkować.

    Połowa dotyczących ludzi eksperymentów immunologicznych robiona jest na myszach (które się nie nadają, bo ich system immunologiczny działa bardzo różnie od naszego, por. świetny artykuł przeglądowy „Of mice and not men„), a druga połowa na komórkach in vitro (które się nie nadają, bo działanie systemu immunologicznego to w dużej mierze interakcje między różnymi komórkami). Dziw, że z tego w ogóle jakieś pożyteczne prace powstają.

    To niemal gorsze niż transkryptomika albo bioinformatyka.

    Uff, wyładowałem trochę swoich frustracji.

  7. @ ekolog

    Tak, to bardzo pocieszające… Ze względu, że mój egzamin jest dość prosto skonstruowany, to postanowiłem nauczyć się jednak właściwej biochemii, robiąc sobie w głowie tylko rejestrację zmian, żeby wiedzieć, co pisać i gdzie nie odnosić się do wiedzy nowszej.

  8. >ćwiczenia, na których eksperymenty przeprowadzane na przestarzałym sprzęcie dowodzą >czasem rzeczy innych niż na wykładzie

    Ha, właśnie dziś na laborce pracowałem na programie z roku 1987 pracującym pod Win95 (Politechnika Warszawska Wydz. El. i Techn. Obl.) Aparatura pewnie też miała tyle lat.
    Prowadzący też z innej epoki. Nie podobało mu się zrobione w trakcie ćw., w spartańskich warunkach sprawozdanie, od strony estetycznej i kompozycji. Zadał głupie pytanie, czy szefowi w pracy też składamy takie sprawozdania. Odpowiedź brzmiała
    -Nie, szefowi zwykle robimy tabelę przestawną w Excelu i ślemy mejlem.

  9. @ Sas

    Trochę mnie nie było, ale wróciłem, więc przy okazji odpiszę.

    Nie sądzę, aby problem tkwił w studiach zaocznych. Studia, jak studia (moje trwają o semestr dłużej niż dzienne i mają taki sam zakres materiału jak dzienne). Studenci są też różni, niezależnie od trybu studiów. W przypadku sytuacji opisanej powyżej dodam, że ta sama pani wykłada także na dziennych – w ten sam sposób. Może więc warto jednak kadrę zmotywować do uczenia, a nie udawania, że to robią. Ja się mogę sam w domu nauczyć, oczywiście, tylko chyba nie do końca taki jest sens tej całej zabawy zwanej studiowaniem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s